środa, 1 lipca 2015

Baśń Lorda

  "Pewnego dnia znalazł się na drodze w miejscu, w którym w żaden sposób nie mógł się znajdować. Ale z jakiegoś powodu go to nie niepokoiło. Coś dziwnego stało się z jego pamięcią, nie pamiętał niczego, ale skądś wiedział, że trafił tu dobrowolnie i ma znaleźć coś ważnego.
  Był ubrany na czarno, w jego plecaku leżała książka w nieznanym mu języku, szczoteczka do zębów w futerale, zmiana bielizny, aparat fotograficzny i notes. Zapiski w notesie robił on sam, aczkolwiek nie pamiętał w jakich okolicznościach. Bardzo się męczył, i idąc, i stojąc, więc siedział na poboczu drogi, wstając tylko na widok aut. Podnosił rękę i znów siadał, kiedy mijał go kolejny samochód. Nie wiadomo dlaczego, ale nie trafiały się przyzwoite auta. Przyzwoicie wyglądające. Siedział i z nudów kartkował notes, próbując zorientować się we własnych zapiskach. Były niezrozumiałe i towarzyszyły im rysunki z mnóstwem strzałek, które ostatecznie wszystko gmatwały.
  Wreszcie jeden z kierowców ulitował się i zgodził podwieźć go "tylko do rozdroża". Na rozdrożu znajdował się przystanek autobusowy, a przy nim mały sklepik z dwoma stolikami, zamieniającymi go w coś w rodzaju kawiarenki. Właścicielka sklepu nazwała go "biednym małym skoczkiem bez pamięci" i poczęstowała ziemniakami smażonymi na słoninie. Nigdy czegoś takiego nie jadł. Zapach słoniny powodował nudności, ale był głodny i nie chciał zrobić przykrości dobrej kobiecie. Dowiedział się, że stąd autobusy chodzą tylko w trzech kierunkach, ale tylko jeden zwrócił jego uwagę.
- To zapadła dziura - ostrzegła właścicielka baru. - Nie znajdziesz tam pracy, nie miej nadziei.
  Uśmiechnął się uprzejmie. Czarnolas - nazwa zapadłej dziury urzekała.
  Miasteczko rzeczywiście okazało się zapadłe. Ale coś w nim było. Coś tajemniczego, co nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Więc został. Zamieszkał w noclegowni. Koniec z końcem wiązał dorywczymi zarobkami i wyczekiwał. Coś miało się zdarzyć. Spędził w tym mieście pół roku. Poznał wszystkich miejscowych włóczęgów, wszystkie staruszki handlujące na bazarze, a nawet koty przybłędy, od których roiła się noclegownia. Mieszkańcy Pluskwiarni dzielili się na stałych i czasowych. Stałych nazywano napływowymi, czasowych wędrownymi ptakami. I jedni, i drudzy żyli dniem dzisiejszym, nigdy nie wspominając o przeszłości i nie mając planów na przyszłość. Pożywić się dziś - innych celów w Pluskwiarni nie uznawano.
  Dorabiał w wielu miejscach. Latem łatwiej było znaleźć pracę. Pomagał fotografowi w ustawianiu na plaży nad rzeką wielkich konstrukcji z tektury imitujących żaglowce i delfiny. Pomagał dwóm siostrom, sprzedającym tam różne bibeloty, wyplatać bransolety z różnokolorowych drutów i paciorków. Rano pomagał uprzątnąć plażę przed barem.
  Jesienią wraz z pierwszymi deszczami rzeka stawała się burzliwa i brudna, na plaży zalegały śmiecie, kawiarnię i bary pozamykano. Pozostawała jeszcze myjnia, ale i bez niego było wielu chętnych do zarabiania, więc zaglądał tam rzadko. Do warsztatu samochodowego go nie wpuszczano. Ani jego, ani kogokolwiek z napływowych. Części samochodowe w Czarnolesie były w cenie złota, więc zwykły warsztat miał nawet własnego ochroniarza.
  Toteż zdziwił się, gdy pewnego razu w Pluskwiarni zjawili się dwaj z warsztatu i poprosili kogoś do pomocy przy samochodzie. Zdziwiła go te reakcja mieszkańców Pluskwiarni. Kto zdążył, ten się schował, pozostali udali głuchych i zanim zorientował się, co się dzieje, już go zabrano.
  Na podwórzu przed warsztatem stał czarny samochód. Pierwsze przyzwoite auto, jakie zobaczył od pół roku. Pierwsze, które nie wyglądało tak, jakby lada chwila miało się rozwalić na części zamienne. Bez łat, bez śladów naprawy, bez nalepek zakrywających łysiny po odpadającym lakierze. Powiedziano mu, że ma to auto umyć. Tylko tyle. Szlauch poniewierał się na ziemi. Szlauch i wiadro z dwiema gąbkami. Zrozumiał, że sprawy mają się kiepsko, jeszcze zanim zajrzał do wnętrza. Myjnia była dwa kroki dalej. Nie było sensu pytać, dlaczego auta nie zaprowadzono właśnie tam. Nie było sensu na początku, nie było sensu i potem, gdy zobaczył, co dzieje się w samochodzie. Pomogli mu wyciągnąć siedzenia na zewnątrz. Nic więcej. Gdy pod gumowym dywanikiem znalazł odcięty palec, nawet nie próbował ukryć znaleziska. Po prostu wrzucił palec do wiadra z brudną wodą. Ponad cztery godziny mył samochód z krwi, mając pewność, że gdy tylko skończy, zabiją go.
  W nocy w Pluskwiarni Brudnoskrzydły powiedział, że dopiero przed nim. Że teraz powinien zniknąć z miasta. Sam to zresztą zrozumiał.
- Chcesz, to zaceruję ci koszulę? - zaproponowała Żółwiczka Quasi.
  Rozdał swój majątek - płytkę elektryczną, czajnik, wygraną na loterii zimową kurtkę - pozbierał do plecaka to, co zostało, i opuścił Pluskwiarnię, której mieszkańcy, jak mu się wydawało, odetchnęli z ulgą. Teraz już nie będą mieli okazji zostać świadkami jego śmierci i się zamartwiać.
  Gdy odszedł na przyzwoitą odległość od noclegowni, przysiadł na niskim ogrodzeniu przy jakimś domu i zaczął się zastanawiać, co robić dalej. Nogi bolały go coraz bardziej. Piechotą daleko nie zajdzie. Autostop oznaczał narażenie na niebezpieczeństwo niewinnych ludzi. Autobusy odpadały z tego samego powodu. Poza tym znał ich możliwości: poruszały się tylko trochę szybciej od truchtającego konia. Pozostało tylko czekanie. Obiecano mu zapłacić rano za mycie auta. Gdy nie przyjdzie po pieniądze, nie będą potrzebowali dużo czasu, żeby go znaleźć.
  Wiedział, że jeśli uda mu się przeżyć, gdy ucieknie z miasta, to spędzone tu miesiące będzie wspominał jak zadziwiającą przygodę. Chociaż w jego pobycie w Pluskwiarni niczego zadziwiającego nie było, a codziennego poszukiwania zarobku nie można było nazwać przygodą. A może jednak tak? Spróbował przypomnieć sobie wszystko, co go tu zadziwiło, wszystko, co wydawało się nadzwyczajne.
  Choćby rozmowy o Lesie. Po raz pierwszy usłyszał o nim od gadatliwego alkoholika, wędrownego ptaka, który był jego sąsiadem przed jedną noc, nie dał pospać ani kwadransa, a odchodząc, podarował płytkę elektryczną i kompas.
- To ci się przyda, przyjacielu - powiedział. - W każdej chwili można znaleźć się w Lesie. I co wtedy? A tak przynajmniej będziesz wiedział, gdzie jest północ.
  Płytkę zostawił dziewczynie, która zacerowała mu przed wyjściem koszulę, kompas leżał gdzieś na dnie plecaka.
  Żarciki o Lesie stały się codziennością już po  tygodniu mieszkania w Pluskwiarni. Nauczył się nie zwracać na nie uwagi. Nauczył się nie zwracać uwagi na wiele rzeczy. Na grzyby wyrastające w zakątkach Pluskwiarni przez jedną noc, na miejscowe szczury pogwizdujące w biegu, na niezwykłej barwy pióra, którymi bawiły się pluskwiarniane dzieci. "Kto może wiedzieć, kiedy nagle znajdziesz się w Lesie."
  Zamykał oczy i próbował się tam znaleźć. Przypomniał sobie zapach dziwnych grzybów, gdy oddzierali je od ścian. Czy nie tak pachnie Las? Czarnolas.
- Jeżeli jesteś gdzieś obok, przyjdź, proszę.
- Nie tak należy go wzywać - powiedział mu ktoś.
  Otworzył oczy i zerwał się w panice.
  Dookoła było zupełnie ciemno. Ani latarki, ani oświetlającego okienka. Tylko szelest i szum liści. I chłód. Jakiego nie ma, nie może być w żadnym mieście, ani małym, ani dużym. Zlodowaciał ze strachu. Czyżby naprawdę po raz pierwszy pragnął się tu znaleźć? Objął plecka, tępo żałując, że w Pluskwiarni zostawił ciepłą kurtkę. Co za głupota. Na co mu się teraz przyda wiedza, z której strony znajduje się północ?
  Zaczął grzebać w plecaku, gdzie nie było ani kurtki, ani latarki, ani nawet pudełka zapałek. Doskonale rozumiał, że w tym plecaku nie ma niczego pożytecznego. Po prostu próbował się czymś zająć, żeby nie wpaść w panikę. Wymacał kompas, przysunął go do oczu i ze zdumieniem stwierdził, że widzi nie tylko nafosforyzowaną wskazówkę. Widzi cały kompas z całą podziałką. Otworzył notes i go przekartkował. Nie tak wyraźnie, jak przy świetle dziennym, ale jednak zobaczył zapisane w nim słowa i potrafił je przeczytać. Las się wyświetlał. Nie każdemu, tylko umiejącemu widzieć w ciemności, a on, jak się okazało, umiał.
  Spłoszył go czyjś śmieszek. Odwracając się, nieoczekiwanie upadł na trawę i podniósł się na nogi trzy kroki od miejsca, gdzie leżał, pod osłoną najbliższego drzewa. Zrobił to gwałtownie, ale płynnie, jednym ruchem. Zupełnie nieświadomie. A gdy oparł się o drzewo, od razu o wszystkim zapomniał. Ogarnęło go ciepło promieniujące z pnia. Nie tak po prostu natrafił na ciepłe miejsce, bardziej  to wyglądało na objęcie. Drzewo objęło go, jak umiało, uspokajając, chroniąc, napełniając siłą. Zapomniawszy o nieznanym przeciwniku, cały poddał się temu uczuciu wspólnoty. Przytulił twarz do drapiącej twardej kory i zapłakał.
- Witaj w domu - powiedział ktoś.
  Zza innego drzewa wynurzył się człowiek w koszulce z napisem "Rezerwat Yellowstone" i stanął nieopodal. Uśmiechał się. Albo szczerzył zęby. I wydaje się, że nawet niezupełnie był człowiekiem. Jego oczy iskrzyły się w ciemności na zielono, jak u psa.
- Witaj, Ślepy - powiedział Lord, wspominając wszystko, czego nie mógł sobie przypomnieć przez ostatnie pół roku. - Jak mnie znalazłeś?
  Ślepy się roześmiał.
- Ja ciebie? To ty mnie znalazłeś, człowieku bez pamięci!"

Z książki "Dom, w którym..." pióra Mariam Petrosyan.


Baśń Rudego

     "W świecie, o którym będzie mowa, Śmierć przychodziła do ludzi w postaci młodzieńca lub dziewczyny.
     Dziewczyna była blada i czarnowłosa. Młodzieniec rudy. Dziewczyna smutna, młodzieniec wesoły. Tak to trwało w tamtym świecie od dawna. 
     Bano się ich albo wyczekiwano z utęsknieniem. Wspominano ich w modlitwach, prosząc o odroczenie lub przyspieszenie końca. Ich wizerunki przedstawiano na kartach do wróżenia i na starodawnych grawiurach. Mało kto zastanawiał się, ile ich w rzeczywistości jest. Uważano, że Śmierć jest jedna w dwóch wcieleniach. Noc i dzień, światło i mrok.
     W rzeczywistości było ich dużo. Byli prawie bogami, mieli zdolności cudotwórcze i byli nieznośnie samotni. Niekiedy uciekali do innych światów, żeby tam napotkać swoją śmierć. Czasem rodzili się w innych światach. Rodzili się zawsze martwi i po jakimś czasie odżywali. Jeżeli im się udało. Tacy zbiegowie nie byli już prawdziwymi wysłannikami Śmierci. Ich zdolności się przytępiały. Stawali się nieszkodliwi, albo przynosili śmierć tylko we śnie
     Oto, jak można ich rozpoznać wśród innych: mają piękne głosy, dobrze tańczą i znają mnóstwo cudzych tajemnic. Są zbyt leniwi, żadnej sprawie nie poświęcają się całkowicie, dziewczyny nie potrafią się śmiać, a młodzieńcy płakać. Ukrywają oczy, długo śpią i nie jedzą jajek, bo w swoim świcie się z nich wykluwali."

Z książki "Dom, w którym..." pióra Mariam Petrosyan.